piątek, 25 stycznia 2013

43.



Uczelnia, chór, radio, dom.  Uczelnia, chór, radio, dom.  Uczelnia, chór, radio, dom. I tak w kółko, bez przerwy. Nie mówię,że mi to nie przeszkadza. Należę do tych osób, które lubią brać udział w wielu działalnościach. Ale ostatnio nie mam czasu nawet na zwykłą rozmowę z przyjaciółmi. Trochę ich zaniedbuje, wiem o tym. Przyznaję się bez bicia. Ale jak ja chcę rozmawiać z kimkolwiek, jak ja nawet nie mam czasu, żeby odreagować to wszystko co dzieje się na wykładach, przerwach, audycjach czy koncertach chóru. Serio. Nie mam czasu, żeby po prostu usiąść, wziąć głęboki oddech i powiedzieć: „ten dzień się już skończył, teraz odpoczniesz”. Nie mogę czegoś takiego zrobić, ponieważ wiem, że jak dam sobie odrobinę luzu, rozleniwię się kompletnie i jak się położę, to nie wstanę przez następne pięć dni. Nie mogę czegoś takiego zrobić, ponieważ kiedy ujdzie ze mnie całe to napięcie, wiem że z moich oczu popłynie milion małych kropelek, którzy nigdy u mnie nie widzieli. Wyda się nagle, że mam uczucia. Przecież to nie może być możliwe, przecież ja jestem bez serca. Nie mam łaskotek, nie peszę się gdy ktoś patrzy mi prosto w oczy. Więc jakby mogło się okazać, że nagle, w pewnym momencie, zaczynam się rozlatywać? Kawałek po kawałku. Małymi kroczkami. Dlatego, żeby wyrzucić z siebie to wszystko, co mam ukryte głęboko w sobie, czekam aż wrócę do domu i wszyscy pójdą spać. Wtedy jest najspokojniej. Wtedy wiem, że jestem zupełnie sama. Wtedy wiem, że jestem nie mogę liczyć na nikogo innego jak tylko na siebie. Włączam cichutko smutną muzykę, albo oglądam jakiś film, który najczęściej nie kończy się happy-endem.
I właśnie w takich chwilach, przekonuje sama siebie, że jednak jestem człowiekiem, bo w pewnej chwili, nie wiadomo nawet skąd, z moich oczu zaczynają płynąć łzy. Płyną mi po policzkach, aż do momentu kiedy dojdą do mojej brody i kapnął na dół. Ich droga się skończyła, dalej nie polecą. Ale już po chwili ich miejsce zajmują kolejne kropelki. W momencie kiedy zaczyna się kolejna scena filmu lub lecą napisy końcowe, zaczynam się śmiać i mówię sama do siebie: „Głupia jesteś, czemu płaczesz, przecież takie rzeczy się zdarzają. Przecież takie jest życie. Czasami wszystko kończy się dobrze, a czasami wręcz przeciwnie”. Ale nic z tych moich słów nie wynika. Łzy dalej lecą mi po mojej twarzy i ani myślą przestać. I tak siedzę do godziny pierwszej, drugiej, a nieraz i do piątej nad ranem, cała spłakana, z głową pełną myśli. W końcu przyjdzie sen. W końcu, zapomnę o wszystkim i nie będę musiała się niczym przejmować. Na kilka godzin będę miała chwilę, w której jestem tylko dla siebie i mogę spełniać swoje marzenia. Kolorowe sny, w których mogę wszystko i nikt nie mówi mi, że moje zachowanie jest nie do przyjęcia. Ale potem się budzę. Przychodzi poranek, otwieram oczy i wiem, że za chwilę mój codzienny helter scelter rozpocznie się od nowa. Kolejny dzień trzeba ubierać maskę i pokazać, że wszystko jest w jak największym porządku. Uśmiechać się, śmiać ze swoich błędów, przyjmować krytykę i tryskać energią. Mówić, że nic się nie stało. Bo przecież co miało się stać? Nic. W końcu nie ma się uczuć, nikt nie musi nic wiedzieć.
Rób swoje, dobra mina do złej gry. To najlepsze co potrafisz. Nikt nie musi wiedzieć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz