Uczelnia, chór, radio, dom. Uczelnia, chór, radio, dom. Uczelnia, chór, radio, dom. I tak w kółko, bez przerwy.
Nie mówię,że mi to nie przeszkadza. Należę do tych osób, które lubią brać udział w wielu działalnościach. Ale
ostatnio nie mam czasu nawet na zwykłą rozmowę z przyjaciółmi. Trochę ich zaniedbuje, wiem o tym. Przyznaję się
bez bicia. Ale jak ja chcę rozmawiać z kimkolwiek, jak ja nawet nie
mam czasu, żeby odreagować to wszystko co dzieje się
na wykładach, przerwach, audycjach czy koncertach chóru. Serio. Nie
mam czasu, żeby po prostu usiąść, wziąć
głęboki oddech i powiedzieć: „ten dzień się już skończył,
teraz odpoczniesz”. Nie mogę czegoś takiego zrobić, ponieważ
wiem, że jak dam sobie odrobinę luzu, rozleniwię się kompletnie i
jak się położę, to nie wstanę przez następne pięć dni. Nie
mogę czegoś takiego zrobić, ponieważ kiedy ujdzie ze mnie całe
to napięcie, wiem że z moich oczu popłynie milion małych
kropelek, którzy nigdy u mnie nie widzieli. Wyda się nagle, że mam
uczucia. Przecież to nie może być możliwe, przecież ja jestem
bez serca. Nie mam łaskotek, nie peszę się gdy ktoś patrzy mi
prosto w oczy. Więc jakby mogło się okazać, że nagle, w pewnym
momencie, zaczynam się rozlatywać? Kawałek po kawałku. Małymi
kroczkami. Dlatego, żeby wyrzucić z siebie to wszystko, co mam
ukryte głęboko w sobie, czekam aż wrócę do domu i wszyscy pójdą
spać. Wtedy jest najspokojniej. Wtedy wiem, że jestem zupełnie
sama. Wtedy wiem, że jestem nie mogę liczyć na nikogo innego jak
tylko na siebie. Włączam cichutko smutną muzykę, albo oglądam
jakiś film, który najczęściej nie kończy się happy-endem.
I
właśnie w takich chwilach, przekonuje sama siebie, że jednak
jestem człowiekiem, bo w pewnej chwili, nie wiadomo nawet skąd, z
moich oczu zaczynają płynąć łzy. Płyną mi po policzkach, aż
do momentu kiedy dojdą do mojej brody i kapnął na dół. Ich droga
się skończyła, dalej nie polecą. Ale już po chwili ich miejsce
zajmują kolejne kropelki. W momencie kiedy zaczyna się kolejna
scena filmu lub lecą napisy końcowe, zaczynam się śmiać i mówię
sama do siebie: „Głupia jesteś, czemu płaczesz, przecież takie
rzeczy się zdarzają. Przecież takie jest życie. Czasami wszystko
kończy się dobrze, a czasami wręcz przeciwnie”. Ale nic z tych
moich słów nie wynika. Łzy dalej lecą mi po mojej twarzy i ani
myślą przestać. I tak siedzę do godziny pierwszej, drugiej, a
nieraz i do piątej nad ranem, cała spłakana, z głową pełną
myśli. W końcu przyjdzie sen. W końcu, zapomnę o wszystkim i nie
będę musiała się niczym przejmować. Na kilka godzin będę miała
chwilę, w której jestem tylko dla siebie i mogę spełniać swoje
marzenia. Kolorowe sny, w których mogę wszystko i nikt nie mówi
mi, że moje zachowanie jest nie do przyjęcia. Ale potem się budzę.
Przychodzi poranek, otwieram oczy i wiem, że za chwilę mój
codzienny helter scelter rozpocznie się od nowa. Kolejny dzień
trzeba ubierać maskę i pokazać, że wszystko jest w jak
największym porządku. Uśmiechać się, śmiać ze swoich błędów,
przyjmować krytykę i tryskać energią. Mówić, że nic się nie
stało. Bo przecież co miało się stać? Nic. W końcu nie ma się
uczuć, nikt nie musi nic wiedzieć.
Rób
swoje, dobra mina do złej gry. To najlepsze co potrafisz. Nikt nie
musi wiedzieć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz