czwartek, 14 lutego 2013

50.


Za­ko­cha­ni lu­dzie w ogóle nie po­trze­bu­ją swo­je­go świę­ta. Za­ko­cha­nie jest czymś, co zda­rza się w życiu rzad­ko, trwa krót­ko, i samo w sobie jest świę­tem. Rze­czy­wi­ście za­ko­cha­ni w sobie lu­dzie - za­ko­cha­ni, czyli fi­zycz­nie uza­leż­nie­ni od wy­dzie­la­nych przez sie­bie wza­jem­nie sub­stan­cji che­micz­nych - i tak cały czas spę­dza­ją razem, cho­dzą pod rękę na roz­wle­kłe spa­ce­ry, każdy po­si­łek jest dla nich jak ro­man­tycz­na ko­la­cja, i non stop ku­pu­ją sobie ki­lo­to­ny kie­pa­wych bi­be­lo­tów.  W ja­kichś 70% przy­pad­ków za­ko­cha­nie albo za­mie­nia się we wza­jem­ną nie­chęć, albo w szarą co­dzien­ność. Ob­da­ro­wy­wa­nie się cze­ko­lad­ka­mi i cho­dze­nie do kina na filmy, które nigdy nie po­win­ny po­wstać tylko przy­da­je smut­ku tej sy­tu­acji, tak jak jedna, po­ma­lo­wa­na na ohyd­ny pa­stel ścia­na wzma­ga roz­pacz­li­wy obraz roz­pa­da­ją­ce­go się, sza­re­go bloku z wiel­kiej płyty. I ow­szem, wie­rzę w mi­łość do gro­bo­wej deski. Wie­rzę w ludzi, któ­rzy ko­cha­ją się do końca życia. Ci lu­dzie ist­nie­ją. Ale pro­du­ko­wa­nie pod ich kątem ta­nich ga­dże­tów w chiń­skich fa­bry­kach jest ob­ra­zą tego, co ich łączy.
Jeśli kogoś ko­cha­cie - a część z was za­pew­ne kogoś kocha, i bez cie­nia cy­ni­zmu cie­szę się wa­szym szczę­ściem - nie uży­waj­cie tej kiep­skiej, od­gór­nie na­rzu­co­nej pro­te­zy po to, aby mu to po­ka­zać. Spę­dzaj­cie z nim jak naj­wię­cej czasu, sza­nuj­cie go, słu­chaj­cie co mówi i za­pra­szaj­cie go do lep­szych knajp czę­ściej niż raz w roku. Jeśli kogoś nie ko­cha­cie, jeśli w wa­szym wspól­nym życiu wy­dzie­la się przede wszyst­kim mgła tok­syn, roz­stań­cie się. Związ­ki mię­dzy­ludz­kie to ge­ne­ral­nie jedna z naj­po­waż­niej­szych spraw na świe­cie. Po­tra­fią być ge­ne­ra­to­ra­mi ab­so­lut­ne­go szczę­ścia i bez­den­nej roz­pa­czy, nie mó­wiąc już o tym, że przy oka­zji po­tra­fią wy­two­rzyć do­dat­ko­wych ludzi. Pa­ko­wa­nie ich w ce­lo­fan z pe­ere­low­skiej cze­ko­lad­ki, na­bi­ja­nie kabzy tan­de­cia­rzom nie jest nam po­trzeb­ne. Ku­puj­my sobie kwia­ty co­dzien­nie, na­praw­dę.  A przy­naj­mniej czę­ściej niż raz w roku, i nie czter­na­ste­go lu­te­go.
— Jakub Żulczyk - "Żulczyk mówi jak żyć - Przeciwko Walentynkom"
pożyczyłam Pana Żulczyka, bo nikt nie wyrazi lepiej tego co chcę powiedzieć tylko on 

poniedziałek, 4 lutego 2013

48.


Edukacja Disney'a

Jak łatwo się domyślić, nie będę pisała o tym, że przez zanieczyszczenia z fabryk topnieją lodowce, ani o tym, że politycy nie radzą sobie w sejmie, czy o tym, że emerytura w Polsce jest za niska. Te wszystkie problemy kojarzą mi się tylko i wyłącznie z dorosłym życiem i podejmowaniem ważnych, odpowiedzialnych decyzji. A ja mam zaledwie dwadzieścia lat, więc za jaką cholerę, mam myśleć o problemach dorosłych? O tym, że za 20 lat najprawdopodobniej nie znajdę pracy, mój książę z bajki, nie zjawi się na białym koniu, ale okaże się tylko zwykłym mężczyzną z łysiną na głowie i mięśniem piwnym, a ja nie będę wyglądała jak Meryl Streep tylko raczej jak Gollum z „Władcy Pierścieni”. Rzecz w tym, że kiedy miało się te 7 czy 8 lat, nie myślało się o takich sprawach, ani nie goniło za życiem codziennym. Żadne dziecko nie brało udziału w „wyścigu szczurów”, który teraz towarzyszy nam na każdym kroku, ani nie robiło sobie „sweet foci”, na profil na facebook'a. Dla dzieci, które urodziły się w latach 80. czy 90. nic z powyższych spraw nie miało znaczenia, bo dzieciaki, nawet nie wiedziały o ich istnieniu. Dla nich liczyły się tylko karteczki, fikołki na trzepaku i nowe produkcje Walt'a Disney'a.
Walt Disney Pictures. Chyba nie znam osoby, która nie słyszała o bajkach i filmach animowanych, tej amerykańskiej produkcji. „Piękna i Bestia”, „Król Lew”, „Anastazja” czy „Pocahontas” to tylko jedne z nielicznych bajek, na których opierało się całe moje dzieciństwo. Muszę szczerze przyznać – wychowałam się na tych bajkach. I jestem ogromnie, wdzięczna moim rodzicom, że chodzili ze mną do kina i kupowali mi bajki na VHSie, żebym mogła obejrzeć je jedna pod drugiej, godzina za godziną, dzień za dniem, do momentu zapamiętania wszystkich dialogów na pamięć i wysuszenia sobie oczu od nadmiaru telewizji.
Pamiętam jak pewnego, zimowego dnia, moja mama przyszła po mnie do przedszkola i dała mi na prezent urodzinowy kasetę z „Kopciuszkiem”. Przez jakieś dwadzieścia minut, biegałam po holu z kasetą pod pachą, dumna jak paw, że mam kolejną bajkę do swojej kolekcji. Wiedziałam wtedy, że wszystkie moje koleżanki zazdroszczą mi i że jak tylko wrócę do domu, poproszę moją mamę, aby włożyła kasetę do starego odtwarzacza firmy DAEWOO (sama nie mogłam tego zrobić, gdyż moja starsza, o cztery lata siostra, wrobiła mnie w to, że odtwarzacz wciągnie mnie do filmu jeśli tylko wepchnę kasetę za głęboko). I oczywiście, jak tylko weszłam do domu, obejrzałam „Kopciuszka” dwa razy. Tak samo było z „Zakochanym kundlem” czy „Śpiącą królewną”.
Wszystkie bajki Disney'a miały jakiś morał i edukowały najmłodszych. Uczyły najważniejszych wartości takich jak miłość, przyjaźń, dobroć czy pomoc innym. Dzięki dinsey'owskim produkcjom, wiem że nie powinno oceniać się ludzi powierzchownie, że każdemu powinno dać się drugą szansę i że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Pokazane jest to w bajkach starszej produkcji jak np. „Król Lew”, „Pocahontas” i „Myszka Miki i Przyjaciele”, ale także bajki dzisiejszych produkcji mają jakiś morał m. in: w „Zaplątanych” czy „Księżniczce i Żabie”. Niestety, nie wszystkie dzisiejsze bajki mają takie przesłanie jak kolorowy i miły świat Disney'a. Mimo tego, że filmy animowane tej produkcji, dalej utrzymują swoje wartości i dobre myśli, to są przytłaczane bajkami, które ukazują przemoc, wandalizm, kłamstwa i oszustwa. I to bardzo niedobrze, bo większość dzieci ogląda teraz tylko takie bajki. Ich zapracowani rodzice, nie zwracają uwagi na to w co wpatrzone są oczy ich pociech i nie reagują na ich agresje, której uczą się z takich o to produkcji. Nawet same dzieciaki, nie zwracają uwagi, że starają się utożsamić z negatywnymi postaciami, oglądanymi w telewizji. Najgorsze jest to, że kiedy ktoś stara się zastąpić bajkę pełną przemocy i brutalności, dobrą klasyczną „Królewną Śnieżką i 7 krasnoludkami” czy „Kubusiem Puchatkiem”, spotyka się z odmową. Bo dzieci mają swoje nowe ulubione postaci z kreskówek Cartoon Network albo z mangi. Oczywiście, zdarza się, że nie wszystkie kreskówki tego typu polegają tylko na scenach walki i przekleństwach, ale przynajmniej 2/3 programów dla dzieci takie są.
Mimo tego, że nie jestem już dzieckiem dalej lubię oglądać bajki. I przyznaje się do tego bez bicia. Bo czego się tutaj wstydzić? W każdym z nas jest odrobina dziecka i czasami dobrze sobie o tym przypomnieć. Usiąść, obejrzeć. Cofnąć się do czasów swojego dzieciństwa. Zaśmiać się patrząc jak Goofy kolejny raz potyka się o własne nogi, wstrzymać oddech kiedy Kundel zostaje potrącony przez powóz hycla czy nawet rozpłakać się kiedy umiera Mufasa. Takie budzenie wspomnień jest dobre dla naszych emocji, których na co dzień staramy się nie okazywać. Bo przecież, w dzisiejszych czasach praktycznie nie spotyka się nikogo kto powie: „Lubię sobie popłakać od czasu do czasu, albo pośmiać z byle czego”.
Oglądam bajki Disney'a całe życie i mam nadzieje, że na stare lata również będę mogła obejrzeć nowe produkcje, z takim zafascynowaniem jak oglądałam je w dzieciństwie. Chciałabym, aby moje dzieci i dzieci moich dzieci oglądając bajki, czerpały wiedzę i uczyły się pozytywnych wartości. Oby poszły w moje ślady i oglądały takie bajki.
Mogłabym tak jeszcze długo, ale chyba nie ma większego sensu. Więc jeśli mi nie wierzycie, albo uważacie, że moje słowa są przesadzone to zapraszam do obejrzenia chociażby „101 dalmatyńczyków” czy bajki „Bambi”. Wtedy zrozumiecie, że dobro jest wszędzie tylko trzeba dobrze patrzeć. Nie przedłużając, powiem krótko – nie wstydźcie się oglądać bajek. Tylko oglądajcie te dobre, które motywują do pracy i edukują.
Kończę swój wywód, bo na ekranie mojego komputera pojawiło się niebieskie tło, z błękitnym zamkiem z wieżyczkami i z flagami. „Król Lew”, seans tysięczny - rozpoczęty.

niedziela, 3 lutego 2013

47.


Chciałabym, aby powrócił dawno porzucony i zapomniany sposób komunikacji. sposób, który wzbudzał tajemniczość i podekscytowanie. sposób, na który nie wszyscy mogli sobie pozwolić, z wiadomych względów jakimi była edukacja. umiejętność czytania i pisania. w dzisiejszych czasach większość ludzi potrafi wykonywać wszystkie te czynności, potrafi utrzymać w dłoni długopis czy pióro i napisać kilka zdań. potrafi nawet wyskrobać całkiem sensowne zdania. dlaczego więc dziś prawie nikt nie wysyła listów?
niegdyś tylko za sprawą korespondencji dowiadywano się o wiadomościach ze świata, plotkach oraz niezbędnych do życia informacjach. teraz wystarczy chwycić za telefon, wykręcić do kogoś numer i po kilku sekundach rozpocząć bezsensowną gadaninę. rozmawiamy bez większego zastanowienia się nad sensem naszych słów. podobnie jest kiedy wysyłamy smsy czy rozmowy na czacie. piszemy od razu to o co nam chodzi, nie myśląc nad tym co wysyłamy. pisanie listów to zupełnie inna bajka. tutaj trzeba cedzić każde słowo, żeby nasz odbiorca dokładnie nas zrozumiał  czy też nie został przez nas urażony. pisanie listów wydaje się dość banalne, ale tak naprawdę to nie lada wyzwanie! niegdyś ludzie potrafili tygodniami pisać wiadomość, zanim wysłali ją do swojego "towarzysza rozmów". chodzili po ogrodach, aby zebrać swoje myśli, w końcu siadali przy stole, wyciągali pióro i pisali, pisali, pisali...
czemu już nie piszemy listów? gdzie są miłośnicy prawdziwej korespondencji? przecież listy można pisać o wszystkim. w listach można napisać wszystko co tylko chcemy. sama niejednokrotnie pisałam listy, więc chyba,wiem o czym mówię. moje wiadomości miały różny charakter i na pewno nie były ideałem. jednak odzwierciedlały moje uczucia i poglądy na temat świata i otaczającej mnie rzeczywistości. pozwalały mi być sobą. moje listy były listami miłosnymi, które nigdy nie zostały wysłane, listami samobójczymi, które po miesiącu się spalało czy listami do przyjaciół z drugiego końca polski. w listach mogłam przywrócić wspomnienia czy opowiedzieć o czymś co mi się wymarzyło. starannie napisane wiadomości, pakowałam w kopertę, następnie przyklejałam znaczek i wrzucałam do skrzynki. kolejnym krokiem było czekanie. czekanie na odpowiedź. godzina za godziną, dzień za dniem, tydzień za tygodniem mijały w niecierpliwości. któregoś dnia, w końcu pojawia się dawno wyczekiwana wiadomość. trochę podarta z danymi osobistymi: imieniem,nazwiskiem, numerem domu... podekscytowana tym co mój odbiorca napisał w liście nie mogę się doczekać kiedy wreszcie przeczytam zawartość koperty. rozrywam ją i czytam wiadomość. niedbałe, koślawe pismo, ślady po wylanej kawie,w niektórych momentach. mocniej przyciśnięty długopis... wszystko to pozwoliło mi  na zilustrowanie odbiorcy i wyobrażenie sobie tego jak czuł się pisząc swój monolog, skierowany do mnie.
 a teraz co nam zostało?
 piszmy listy. piszmy jak najwięcej. dajmy upust naszym emocjom, podzielmy się z innymi wszystkim co mamy w sercu. piszmy o tym co nas drażni, albo o tym co kochamy. piszmy o tym czego nie wypada napisać w mailu czy smsie, a nie mamy odwagi powiedzieć prosto w oczy. piszmy, piszmy, piszmy!

sobota, 2 lutego 2013

46.

tylko ja potrafię spędzać sobotnie wieczory w domu.w sumie, przestało mi to przeszkadzać. nawet zaczyna mi się to podobać. oczywiście, jak zwykle się nie uczę,bo po co? ale nadrabiam książkami, muzyką, filmami, obrazkami i milionami moich wyobrażeń. dziękuje Bogu, że dał mi taką bujną wyobraźnię, dzięki czemu rzadko kiedy się nudzę. dzięki czemu nie uczę się do sesji, której już nie chcę mieć. chce lato. chcę wodę, las, słońce, myśli, słowa, nowości, wszystkiego co beztroskie!
tego wszystkiego chcę!
ciebie chcę.