zawsze będziesz moim marzeniem.
moim niespełnieniem.
wtorek, 4 czerwca 2013
sobota, 25 maja 2013
55,
chciałabym być kimś więcej.chciałabym mieć na coś wpływ,zrobić coś pożytecznego, zmienić czyjeś życie. chciałabym dokonać czegoś wspaniałego, czegoś ważnego. chcę być kimś więcej niż osobą, która tylko rozlewa herbatę, gdy jest zakochana...
piątek, 10 maja 2013
54.
spłoń, zgiń, polegnij, przepadnij, upadnij. wynieś się. odejdź. szybko, jak najszybciej. uciekaj jak najdalej potrafisz. wyzbyj się wszystkiego co masz, porzuć rodzinę, marzenia, emocje, uczucia. zagiń już teraz. odsuń się na bok, przestań już z tym wszystkim. odpuść.
środa, 10 kwietnia 2013
53.
nie robi się tak. nie rozkochuje się kogoś, a potem nie zostawia się go samemu sobie. to nieładnie, tak nie wypada. nie można tak po prostu wziąć zwykłego człowieka i rozbudzić w nim uczucia, a potem ich nie odwzajemniać. ba! szybciutko uciekać od kogoś i nie zwracać uwagi, na starania, troski czy dobroć.
nie porzuca się, nie zostawia ze złamanym sercem. ale od kogo można mieć pretensje, przecież nic nam nie obiecywano, a rozczarowania biorą się z naszej winy i naszych złudnych marzeń...
nie porzuca się, nie zostawia ze złamanym sercem. ale od kogo można mieć pretensje, przecież nic nam nie obiecywano, a rozczarowania biorą się z naszej winy i naszych złudnych marzeń...
piątek, 22 lutego 2013
poniedziałek, 18 lutego 2013
czwartek, 14 lutego 2013
50.
Zakochani ludzie w ogóle nie potrzebują swojego święta. Zakochanie jest czymś, co zdarza się w życiu rzadko, trwa krótko, i samo w sobie jest świętem. Rzeczywiście zakochani w sobie ludzie - zakochani, czyli fizycznie uzależnieni od wydzielanych przez siebie wzajemnie substancji chemicznych - i tak cały czas spędzają razem, chodzą pod rękę na rozwlekłe spacery, każdy posiłek jest dla nich jak romantyczna kolacja, i non stop kupują sobie kilotony kiepawych bibelotów. W jakichś 70% przypadków zakochanie albo zamienia się we wzajemną niechęć, albo w szarą codzienność. Obdarowywanie się czekoladkami i chodzenie do kina na filmy, które nigdy nie powinny powstać tylko przydaje smutku tej sytuacji, tak jak jedna, pomalowana na ohydny pastel ściana wzmaga rozpaczliwy obraz rozpadającego się, szarego bloku z wielkiej płyty. I owszem, wierzę w miłość do grobowej deski. Wierzę w ludzi, którzy kochają się do końca życia. Ci ludzie istnieją. Ale produkowanie pod ich kątem tanich gadżetów w chińskich fabrykach jest obrazą tego, co ich łączy.— Jakub Żulczyk - "Żulczyk mówi jak żyć - Przeciwko Walentynkom"
Jeśli kogoś kochacie - a część z was zapewne kogoś kocha, i bez cienia cynizmu cieszę się waszym szczęściem - nie używajcie tej kiepskiej, odgórnie narzuconej protezy po to, aby mu to pokazać. Spędzajcie z nim jak najwięcej czasu, szanujcie go, słuchajcie co mówi i zapraszajcie go do lepszych knajp częściej niż raz w roku. Jeśli kogoś nie kochacie, jeśli w waszym wspólnym życiu wydziela się przede wszystkim mgła toksyn, rozstańcie się. Związki międzyludzkie to generalnie jedna z najpoważniejszych spraw na świecie. Potrafią być generatorami absolutnego szczęścia i bezdennej rozpaczy, nie mówiąc już o tym, że przy okazji potrafią wytworzyć dodatkowych ludzi. Pakowanie ich w celofan z peerelowskiej czekoladki, nabijanie kabzy tandeciarzom nie jest nam potrzebne. Kupujmy sobie kwiaty codziennie, naprawdę. A przynajmniej częściej niż raz w roku, i nie czternastego lutego.
pożyczyłam Pana Żulczyka, bo nikt nie wyrazi lepiej tego co chcę powiedzieć tylko on
sobota, 9 lutego 2013
poniedziałek, 4 lutego 2013
48.
Edukacja
Disney'a
Jak łatwo się domyślić, nie będę pisała o tym, że przez
zanieczyszczenia z fabryk topnieją lodowce, ani o tym, że politycy
nie radzą sobie w sejmie, czy o tym, że emerytura w Polsce jest za
niska. Te wszystkie problemy kojarzą mi się tylko i wyłącznie z
dorosłym życiem i podejmowaniem ważnych, odpowiedzialnych
decyzji. A ja mam zaledwie dwadzieścia lat, więc za jaką cholerę,
mam myśleć o problemach dorosłych? O tym, że za 20 lat
najprawdopodobniej nie znajdę pracy, mój książę z bajki, nie
zjawi się na białym koniu, ale okaże się tylko zwykłym mężczyzną
z łysiną na głowie i mięśniem piwnym, a ja nie będę wyglądała
jak Meryl Streep tylko raczej jak Gollum z „Władcy
Pierścieni”. Rzecz w tym, że kiedy miało się te 7 czy 8
lat, nie myślało się o takich sprawach, ani nie goniło za życiem
codziennym. Żadne dziecko nie brało udziału w „wyścigu
szczurów”, który teraz towarzyszy nam na każdym kroku, ani nie
robiło sobie „sweet foci”, na profil na facebook'a. Dla dzieci,
które urodziły się w latach 80. czy 90. nic z powyższych spraw
nie miało znaczenia, bo dzieciaki, nawet nie wiedziały o ich
istnieniu. Dla nich liczyły się tylko karteczki, fikołki na
trzepaku i nowe produkcje Walt'a Disney'a.
Walt Disney Pictures. Chyba nie znam osoby, która nie słyszała o
bajkach i filmach animowanych, tej amerykańskiej produkcji. „Piękna
i Bestia”, „Król Lew”, „Anastazja” czy „Pocahontas”
to tylko jedne z nielicznych bajek, na których opierało się całe
moje dzieciństwo. Muszę szczerze przyznać – wychowałam się na
tych bajkach. I jestem ogromnie, wdzięczna moim rodzicom, że
chodzili ze mną do kina i kupowali mi bajki na VHSie, żebym mogła
obejrzeć je jedna pod drugiej, godzina za godziną, dzień za dniem,
do momentu zapamiętania wszystkich dialogów na pamięć i
wysuszenia sobie oczu od nadmiaru telewizji.
Pamiętam jak pewnego, zimowego dnia, moja mama przyszła po mnie do
przedszkola i dała mi na prezent urodzinowy kasetę z
„Kopciuszkiem”. Przez jakieś dwadzieścia minut, biegałam
po holu z kasetą pod pachą, dumna jak paw, że mam kolejną bajkę
do swojej kolekcji. Wiedziałam wtedy, że wszystkie moje koleżanki
zazdroszczą mi i że jak tylko wrócę do domu, poproszę moją
mamę, aby włożyła kasetę do starego odtwarzacza firmy DAEWOO
(sama nie mogłam tego zrobić, gdyż moja starsza, o cztery lata
siostra, wrobiła mnie w to, że odtwarzacz wciągnie mnie do filmu
jeśli tylko wepchnę kasetę za głęboko). I oczywiście, jak tylko
weszłam do domu, obejrzałam „Kopciuszka” dwa razy. Tak
samo było z „Zakochanym kundlem” czy „Śpiącą
królewną”.
Wszystkie bajki Disney'a miały jakiś morał i edukowały
najmłodszych. Uczyły najważniejszych wartości takich jak miłość,
przyjaźń, dobroć czy pomoc innym. Dzięki dinsey'owskim
produkcjom, wiem że nie powinno oceniać się ludzi powierzchownie,
że każdemu powinno dać się drugą szansę i że prawdziwych
przyjaciół poznaje się w biedzie. Pokazane jest to w bajkach
starszej produkcji jak np. „Król Lew”, „Pocahontas”
i „Myszka Miki i Przyjaciele”, ale także bajki
dzisiejszych produkcji mają jakiś morał m. in: w „Zaplątanych”
czy „Księżniczce i Żabie”. Niestety, nie wszystkie
dzisiejsze bajki mają takie przesłanie jak kolorowy i miły świat
Disney'a. Mimo tego, że filmy animowane tej produkcji, dalej
utrzymują swoje wartości i dobre myśli, to są przytłaczane
bajkami, które ukazują przemoc, wandalizm, kłamstwa i oszustwa. I
to bardzo niedobrze, bo większość dzieci ogląda teraz tylko takie
bajki. Ich zapracowani rodzice, nie zwracają uwagi na to w co
wpatrzone są oczy ich pociech i nie reagują na ich agresje, której
uczą się z takich o to produkcji. Nawet same dzieciaki, nie
zwracają uwagi, że starają się utożsamić z negatywnymi
postaciami, oglądanymi w telewizji. Najgorsze jest to, że kiedy
ktoś stara się zastąpić bajkę pełną przemocy i brutalności,
dobrą klasyczną „Królewną Śnieżką i 7 krasnoludkami”
czy „Kubusiem Puchatkiem”, spotyka się z odmową. Bo
dzieci mają swoje nowe ulubione postaci z kreskówek Cartoon Network
albo z mangi. Oczywiście, zdarza się, że nie wszystkie kreskówki
tego typu polegają tylko na scenach walki i przekleństwach, ale
przynajmniej 2/3 programów dla dzieci takie są.
Mimo tego, że nie jestem już dzieckiem dalej lubię oglądać
bajki. I przyznaje się do tego bez bicia. Bo czego się tutaj
wstydzić? W każdym z nas jest odrobina dziecka i czasami dobrze
sobie o tym przypomnieć. Usiąść, obejrzeć. Cofnąć się do
czasów swojego dzieciństwa. Zaśmiać się patrząc jak Goofy
kolejny raz potyka się o własne nogi, wstrzymać oddech kiedy
Kundel zostaje potrącony przez powóz hycla czy nawet rozpłakać
się kiedy umiera Mufasa. Takie budzenie wspomnień jest dobre dla
naszych emocji, których na co dzień staramy się nie okazywać. Bo
przecież, w dzisiejszych czasach praktycznie nie spotyka się nikogo
kto powie: „Lubię sobie popłakać od czasu do czasu, albo pośmiać
z byle czego”.
Oglądam bajki Disney'a całe życie i mam nadzieje, że na stare
lata również będę mogła obejrzeć nowe produkcje, z takim
zafascynowaniem jak oglądałam je w dzieciństwie. Chciałabym, aby
moje dzieci i dzieci moich dzieci oglądając bajki, czerpały wiedzę
i uczyły się pozytywnych wartości. Oby poszły w moje ślady i
oglądały takie bajki.
Mogłabym tak jeszcze długo, ale chyba nie ma większego sensu. Więc
jeśli mi nie wierzycie, albo uważacie, że moje słowa są
przesadzone to zapraszam do obejrzenia chociażby „101
dalmatyńczyków” czy bajki „Bambi”. Wtedy
zrozumiecie, że dobro jest wszędzie tylko trzeba dobrze patrzeć.
Nie przedłużając, powiem krótko – nie wstydźcie się oglądać
bajek. Tylko oglądajcie te dobre, które motywują do pracy i
edukują.
Kończę swój wywód, bo na ekranie mojego komputera pojawiło się
niebieskie tło, z błękitnym zamkiem z wieżyczkami i
z flagami. „Król Lew”, seans tysięczny - rozpoczęty.
niedziela, 3 lutego 2013
47.
Chciałabym, aby powrócił dawno porzucony i zapomniany sposób komunikacji. sposób, który wzbudzał tajemniczość i podekscytowanie. sposób, na który nie wszyscy mogli sobie pozwolić, z wiadomych względów jakimi była edukacja. umiejętność czytania i pisania. w dzisiejszych czasach większość ludzi potrafi wykonywać wszystkie te czynności, potrafi utrzymać w dłoni długopis czy pióro i napisać kilka zdań. potrafi nawet wyskrobać całkiem sensowne zdania. dlaczego więc dziś prawie nikt nie wysyła listów?
niegdyś tylko za sprawą korespondencji dowiadywano się o wiadomościach ze świata, plotkach oraz niezbędnych do życia informacjach. teraz wystarczy chwycić za telefon, wykręcić do kogoś numer i po kilku sekundach rozpocząć bezsensowną gadaninę. rozmawiamy bez większego zastanowienia się nad sensem naszych słów. podobnie jest kiedy wysyłamy smsy czy rozmowy na czacie. piszemy od razu to o co nam chodzi, nie myśląc nad tym co wysyłamy. pisanie listów to zupełnie inna bajka. tutaj trzeba cedzić każde słowo, żeby nasz odbiorca dokładnie nas zrozumiał czy też nie został przez nas urażony. pisanie listów wydaje się dość banalne, ale tak naprawdę to nie lada wyzwanie! niegdyś ludzie potrafili tygodniami pisać wiadomość, zanim wysłali ją do swojego "towarzysza rozmów". chodzili po ogrodach, aby zebrać swoje myśli, w końcu siadali przy stole, wyciągali pióro i pisali, pisali, pisali...
czemu już nie piszemy listów? gdzie są miłośnicy prawdziwej korespondencji? przecież listy można pisać o wszystkim. w listach można napisać wszystko co tylko chcemy. sama niejednokrotnie pisałam listy, więc chyba,wiem o czym mówię. moje wiadomości miały różny charakter i na pewno nie były ideałem. jednak odzwierciedlały moje uczucia i poglądy na temat świata i otaczającej mnie rzeczywistości. pozwalały mi być sobą. moje listy były listami miłosnymi, które nigdy nie zostały wysłane, listami samobójczymi, które po miesiącu się spalało czy listami do przyjaciół z drugiego końca polski. w listach mogłam przywrócić wspomnienia czy opowiedzieć o czymś co mi się wymarzyło. starannie napisane wiadomości, pakowałam w kopertę, następnie przyklejałam znaczek i wrzucałam do skrzynki. kolejnym krokiem było czekanie. czekanie na odpowiedź. godzina za godziną, dzień za dniem, tydzień za tygodniem mijały w niecierpliwości. któregoś dnia, w końcu pojawia się dawno wyczekiwana wiadomość. trochę podarta z danymi osobistymi: imieniem,nazwiskiem, numerem domu... podekscytowana tym co mój odbiorca napisał w liście nie mogę się doczekać kiedy wreszcie przeczytam zawartość koperty. rozrywam ją i czytam wiadomość. niedbałe, koślawe pismo, ślady po wylanej kawie,w niektórych momentach. mocniej przyciśnięty długopis... wszystko to pozwoliło mi na zilustrowanie odbiorcy i wyobrażenie sobie tego jak czuł się pisząc swój monolog, skierowany do mnie.
a teraz co nam zostało?
piszmy listy. piszmy jak najwięcej. dajmy upust naszym emocjom, podzielmy się z innymi wszystkim co mamy w sercu. piszmy o tym co nas drażni, albo o tym co kochamy. piszmy o tym czego nie wypada napisać w mailu czy smsie, a nie mamy odwagi powiedzieć prosto w oczy. piszmy, piszmy, piszmy!
sobota, 2 lutego 2013
46.
tylko ja potrafię spędzać sobotnie wieczory w domu.w sumie, przestało mi to przeszkadzać. nawet zaczyna mi się to podobać. oczywiście, jak zwykle się nie uczę,bo po co? ale nadrabiam książkami, muzyką, filmami, obrazkami i milionami moich wyobrażeń. dziękuje Bogu, że dał mi taką bujną wyobraźnię, dzięki czemu rzadko kiedy się nudzę. dzięki czemu nie uczę się do sesji, której już nie chcę mieć. chce lato. chcę wodę, las, słońce, myśli, słowa, nowości, wszystkiego co beztroskie!
tego wszystkiego chcę!
ciebie chcę.
tego wszystkiego chcę!
ciebie chcę.
czwartek, 31 stycznia 2013
45.
nie mogę przestać myśleć o tym, że dzisiejszy dzień był tak udany i pozytywny. aż brak mi słów. jestem osobą, która rzadko kiedy mówi o tym co tak naprawdę czuje, zwłaszcza jeśli chodzi o te dobre rzeczy (taka moja natura, chyba czasami lubię się nad sobą poużalać). ale dzisiejszy dzień jest jednym z tych, które powinny zostać dodane do listy: "nie usuwać z pamięci, uśmiechałaś się jak głupia co chwilę!". to niesamowite ile razy dzisiaj się uśmiechnęłam i ile razy wywołałam uśmiech, oraz oczywiście śmiech u niektórych osób. zajęcia na uczelni, audycja, chór, jazda samochodem, integracja. coś niesamowitego. czekam na lepsze. z każdą chwilą. wiem, że jeszcze nie raz będę wątpiła w to wszystko, ale jak na razie chciałabym, żeby ten dzień się nie kończył.nie,nie,nie!
środa, 30 stycznia 2013
44.
siedzę już dobrą chwilę i zastanawiam się co mam napisać.co chwilę piszę kolejne zdanie i je kasuje, bo wiem, że nic dokładnie nie odda tego jak się dzisiaj czułam. i znowu to zrobiłam. napisałam trzy słowa i automatycznie je usunęłam. odpowiedni dobór słów. o to się rozchodzi. o odpowiednie słownictwo i to jak dane słowa wymawiamy. tak jak na przykład ja dzisiaj usłyszałam kilkanaście słów, wykrzyczanych mi prosto w twarz. aż mogłam poczuć oddech i ślinę, nadawcy komunikatu, na mojej twarzy. w chwili kiedy mój partner rozmowy, wypowiadał się na temat mojej niepoprawnie wykonanej, według niego, pracy czułam jak krew pulsuje mi przez całe moje ciało, jak moje oczy otwierają się coraz bardziej, a źrenice rozszerzają. jak moja twarz nabiera nieznanego mi grymasu złości,zażenowania i smutku jednocześnie. byłam w takim szoku, że czułam, nie tylko przykre ukłucie w sercu(ponieważ uważałam, że to co zrobiłam było poprawne), ale również złość, która wzbierała we mnie tak, że mogłabym zabić swojego rozmówcę gołymi rękami. jednak nic nie zrobiłam. nic. a kiedy już wykonałam polecenie mojego, nazwijmy go "szefa" i usłyszałam kolejne zdania skierowane w moją stronę, nie mogłam pozostawić sprawy bezczynnie. i zrobiłam coś co prawie nigdy się nie zdarza.coś co w moim życiu prawie nie występuje. coś co jeśli jest to tylko przez ułamek sekundy. spokój. zachowałam spokój. nie dałam się wyprowadzić z równowagi. wyprostowałam się i prosto w oczy, osoby która uważała się za najmądrzejszą, w danym pokoju, powiedziałam co myślę. o tym, że właśnie zostałam skarcona za prace, której nikt inny nie raczy zrobić i którą zrobiłam lepiej niż powinnam. kiedy skończyłam, tylko jedna osoba w pomieszczeniu postanowiła się odezwać. był to oczywiście mój, wcześniej wymieniony "szef", który raczył obronić swoje stanowisko i swoje postępowanie, tłumacząc się, że to są tylko głupie zabawy, mówiąc, że "przecież powinnam widzieć, że to są żarty!". grzecznie powiedziałam, że niestety nie dostrzegłam w tym nic śmiesznego i opuściłam pokój 020. jeśli kiedyś ktoś potraktuje was, tak jak zostałam dzisiaj potraktowana ja, to poradzę wam tylko jedną rzecz. jedną jedyną. musicie zachować spokój. i tyle. potem poczujecie dumę i radość, że potraficie postąpić słuszniej niż osoba, która was atakuje, a wasz przeciwnik zostanie wprowadzony w zakłopotanie. zakłopotanie. no właśnie, to chyba najodpowiedniejsze słowo jakie mogę użyć, ponieważ właśnie w taki stan, przynajmniej tak mi się wydaje, udało mi się wprowadzić swojego rywala "rozmowy". chyba spodziewano się po mnie wybuchu agresji ,ogromnej złości i burzy wulgaryzmów wypływającej z moich ust.
przykro mi, nie dziś. jednak kiedy siedziałam prawie dwie godziny, w jednym pomieszczeniu wraz z innymi piętnastoma osobami, starałam się zachować spokój. i zachowałam go do końca. i pewnie dlatego kiedy wracałam do domu, zrobiło mi się niesamowicie przykro i źle. mała łza zakręciła się w prawym oku i niepostrzeżenie spłynęła po moim policzku. nikt, kto widział mnie dwadzieścia minut wcześniej nawet nie wiedział jak się teraz czuje i jak czułam się wcześniej. po prostu postanowiłam to zamaskować. nie dałam za wygraną osobie, która mnie dzisiaj "zaatakowała". nie chciałam, aby traktowano mnie jak śmiecia. nie chce, żeby traktowano mnie jak śmiecia. dlatego moje emocje zostały ukryte, przez czas danego dwugodzinnego spotkania i ujawniły się dopiero w drodze do domu. kiedy wysiadłam z autobusu miałam ochotę, krzyczeć, kopać, wierzgać nogami i uderzyć w coś z całej siły. miałam wszystkiego dość. i już myślałam, że ten dzień skończę tak jak zazwyczaj, czyli z kiepskim humorem, smutną muzyką i smutnym filmem, ale na szczęście otworzyłam swoją skrzynkę pocztową i zostałam wybawiona z tego złego snu. dostając tak miłą wiadomość jaką dostałam niespełna 6 godzin temu, nie sposób się nie uśmiechnąć i nie powiedzieć do siebie "dziękuje, że są jeszcze dobrzy ludzie na świecie". uwielbiam to, gdy w najmniej oczekiwanym momencie dostajemy od życia coś co sprawi, że poczujemy się chociaż odrobinę dowartościowani.
czekam na lepsze, ze słowami niosącymi się pod progami wysokich samochodów....
piątek, 25 stycznia 2013
43.
Uczelnia, chór, radio, dom. Uczelnia, chór, radio, dom. Uczelnia, chór, radio, dom. I tak w kółko, bez przerwy.
Nie mówię,że mi to nie przeszkadza. Należę do tych osób, które lubią brać udział w wielu działalnościach. Ale
ostatnio nie mam czasu nawet na zwykłą rozmowę z przyjaciółmi. Trochę ich zaniedbuje, wiem o tym. Przyznaję się
bez bicia. Ale jak ja chcę rozmawiać z kimkolwiek, jak ja nawet nie
mam czasu, żeby odreagować to wszystko co dzieje się
na wykładach, przerwach, audycjach czy koncertach chóru. Serio. Nie
mam czasu, żeby po prostu usiąść, wziąć
głęboki oddech i powiedzieć: „ten dzień się już skończył,
teraz odpoczniesz”. Nie mogę czegoś takiego zrobić, ponieważ
wiem, że jak dam sobie odrobinę luzu, rozleniwię się kompletnie i
jak się położę, to nie wstanę przez następne pięć dni. Nie
mogę czegoś takiego zrobić, ponieważ kiedy ujdzie ze mnie całe
to napięcie, wiem że z moich oczu popłynie milion małych
kropelek, którzy nigdy u mnie nie widzieli. Wyda się nagle, że mam
uczucia. Przecież to nie może być możliwe, przecież ja jestem
bez serca. Nie mam łaskotek, nie peszę się gdy ktoś patrzy mi
prosto w oczy. Więc jakby mogło się okazać, że nagle, w pewnym
momencie, zaczynam się rozlatywać? Kawałek po kawałku. Małymi
kroczkami. Dlatego, żeby wyrzucić z siebie to wszystko, co mam
ukryte głęboko w sobie, czekam aż wrócę do domu i wszyscy pójdą
spać. Wtedy jest najspokojniej. Wtedy wiem, że jestem zupełnie
sama. Wtedy wiem, że jestem nie mogę liczyć na nikogo innego jak
tylko na siebie. Włączam cichutko smutną muzykę, albo oglądam
jakiś film, który najczęściej nie kończy się happy-endem.
I
właśnie w takich chwilach, przekonuje sama siebie, że jednak
jestem człowiekiem, bo w pewnej chwili, nie wiadomo nawet skąd, z
moich oczu zaczynają płynąć łzy. Płyną mi po policzkach, aż
do momentu kiedy dojdą do mojej brody i kapnął na dół. Ich droga
się skończyła, dalej nie polecą. Ale już po chwili ich miejsce
zajmują kolejne kropelki. W momencie kiedy zaczyna się kolejna
scena filmu lub lecą napisy końcowe, zaczynam się śmiać i mówię
sama do siebie: „Głupia jesteś, czemu płaczesz, przecież takie
rzeczy się zdarzają. Przecież takie jest życie. Czasami wszystko
kończy się dobrze, a czasami wręcz przeciwnie”. Ale nic z tych
moich słów nie wynika. Łzy dalej lecą mi po mojej twarzy i ani
myślą przestać. I tak siedzę do godziny pierwszej, drugiej, a
nieraz i do piątej nad ranem, cała spłakana, z głową pełną
myśli. W końcu przyjdzie sen. W końcu, zapomnę o wszystkim i nie
będę musiała się niczym przejmować. Na kilka godzin będę miała
chwilę, w której jestem tylko dla siebie i mogę spełniać swoje
marzenia. Kolorowe sny, w których mogę wszystko i nikt nie mówi
mi, że moje zachowanie jest nie do przyjęcia. Ale potem się budzę.
Przychodzi poranek, otwieram oczy i wiem, że za chwilę mój
codzienny helter scelter rozpocznie się od nowa. Kolejny dzień
trzeba ubierać maskę i pokazać, że wszystko jest w jak
największym porządku. Uśmiechać się, śmiać ze swoich błędów,
przyjmować krytykę i tryskać energią. Mówić, że nic się nie
stało. Bo przecież co miało się stać? Nic. W końcu nie ma się
uczuć, nikt nie musi nic wiedzieć.
Rób
swoje, dobra mina do złej gry. To najlepsze co potrafisz. Nikt nie
musi wiedzieć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








