poniedziałek, 4 lutego 2013

48.


Edukacja Disney'a

Jak łatwo się domyślić, nie będę pisała o tym, że przez zanieczyszczenia z fabryk topnieją lodowce, ani o tym, że politycy nie radzą sobie w sejmie, czy o tym, że emerytura w Polsce jest za niska. Te wszystkie problemy kojarzą mi się tylko i wyłącznie z dorosłym życiem i podejmowaniem ważnych, odpowiedzialnych decyzji. A ja mam zaledwie dwadzieścia lat, więc za jaką cholerę, mam myśleć o problemach dorosłych? O tym, że za 20 lat najprawdopodobniej nie znajdę pracy, mój książę z bajki, nie zjawi się na białym koniu, ale okaże się tylko zwykłym mężczyzną z łysiną na głowie i mięśniem piwnym, a ja nie będę wyglądała jak Meryl Streep tylko raczej jak Gollum z „Władcy Pierścieni”. Rzecz w tym, że kiedy miało się te 7 czy 8 lat, nie myślało się o takich sprawach, ani nie goniło za życiem codziennym. Żadne dziecko nie brało udziału w „wyścigu szczurów”, który teraz towarzyszy nam na każdym kroku, ani nie robiło sobie „sweet foci”, na profil na facebook'a. Dla dzieci, które urodziły się w latach 80. czy 90. nic z powyższych spraw nie miało znaczenia, bo dzieciaki, nawet nie wiedziały o ich istnieniu. Dla nich liczyły się tylko karteczki, fikołki na trzepaku i nowe produkcje Walt'a Disney'a.
Walt Disney Pictures. Chyba nie znam osoby, która nie słyszała o bajkach i filmach animowanych, tej amerykańskiej produkcji. „Piękna i Bestia”, „Król Lew”, „Anastazja” czy „Pocahontas” to tylko jedne z nielicznych bajek, na których opierało się całe moje dzieciństwo. Muszę szczerze przyznać – wychowałam się na tych bajkach. I jestem ogromnie, wdzięczna moim rodzicom, że chodzili ze mną do kina i kupowali mi bajki na VHSie, żebym mogła obejrzeć je jedna pod drugiej, godzina za godziną, dzień za dniem, do momentu zapamiętania wszystkich dialogów na pamięć i wysuszenia sobie oczu od nadmiaru telewizji.
Pamiętam jak pewnego, zimowego dnia, moja mama przyszła po mnie do przedszkola i dała mi na prezent urodzinowy kasetę z „Kopciuszkiem”. Przez jakieś dwadzieścia minut, biegałam po holu z kasetą pod pachą, dumna jak paw, że mam kolejną bajkę do swojej kolekcji. Wiedziałam wtedy, że wszystkie moje koleżanki zazdroszczą mi i że jak tylko wrócę do domu, poproszę moją mamę, aby włożyła kasetę do starego odtwarzacza firmy DAEWOO (sama nie mogłam tego zrobić, gdyż moja starsza, o cztery lata siostra, wrobiła mnie w to, że odtwarzacz wciągnie mnie do filmu jeśli tylko wepchnę kasetę za głęboko). I oczywiście, jak tylko weszłam do domu, obejrzałam „Kopciuszka” dwa razy. Tak samo było z „Zakochanym kundlem” czy „Śpiącą królewną”.
Wszystkie bajki Disney'a miały jakiś morał i edukowały najmłodszych. Uczyły najważniejszych wartości takich jak miłość, przyjaźń, dobroć czy pomoc innym. Dzięki dinsey'owskim produkcjom, wiem że nie powinno oceniać się ludzi powierzchownie, że każdemu powinno dać się drugą szansę i że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Pokazane jest to w bajkach starszej produkcji jak np. „Król Lew”, „Pocahontas” i „Myszka Miki i Przyjaciele”, ale także bajki dzisiejszych produkcji mają jakiś morał m. in: w „Zaplątanych” czy „Księżniczce i Żabie”. Niestety, nie wszystkie dzisiejsze bajki mają takie przesłanie jak kolorowy i miły świat Disney'a. Mimo tego, że filmy animowane tej produkcji, dalej utrzymują swoje wartości i dobre myśli, to są przytłaczane bajkami, które ukazują przemoc, wandalizm, kłamstwa i oszustwa. I to bardzo niedobrze, bo większość dzieci ogląda teraz tylko takie bajki. Ich zapracowani rodzice, nie zwracają uwagi na to w co wpatrzone są oczy ich pociech i nie reagują na ich agresje, której uczą się z takich o to produkcji. Nawet same dzieciaki, nie zwracają uwagi, że starają się utożsamić z negatywnymi postaciami, oglądanymi w telewizji. Najgorsze jest to, że kiedy ktoś stara się zastąpić bajkę pełną przemocy i brutalności, dobrą klasyczną „Królewną Śnieżką i 7 krasnoludkami” czy „Kubusiem Puchatkiem”, spotyka się z odmową. Bo dzieci mają swoje nowe ulubione postaci z kreskówek Cartoon Network albo z mangi. Oczywiście, zdarza się, że nie wszystkie kreskówki tego typu polegają tylko na scenach walki i przekleństwach, ale przynajmniej 2/3 programów dla dzieci takie są.
Mimo tego, że nie jestem już dzieckiem dalej lubię oglądać bajki. I przyznaje się do tego bez bicia. Bo czego się tutaj wstydzić? W każdym z nas jest odrobina dziecka i czasami dobrze sobie o tym przypomnieć. Usiąść, obejrzeć. Cofnąć się do czasów swojego dzieciństwa. Zaśmiać się patrząc jak Goofy kolejny raz potyka się o własne nogi, wstrzymać oddech kiedy Kundel zostaje potrącony przez powóz hycla czy nawet rozpłakać się kiedy umiera Mufasa. Takie budzenie wspomnień jest dobre dla naszych emocji, których na co dzień staramy się nie okazywać. Bo przecież, w dzisiejszych czasach praktycznie nie spotyka się nikogo kto powie: „Lubię sobie popłakać od czasu do czasu, albo pośmiać z byle czego”.
Oglądam bajki Disney'a całe życie i mam nadzieje, że na stare lata również będę mogła obejrzeć nowe produkcje, z takim zafascynowaniem jak oglądałam je w dzieciństwie. Chciałabym, aby moje dzieci i dzieci moich dzieci oglądając bajki, czerpały wiedzę i uczyły się pozytywnych wartości. Oby poszły w moje ślady i oglądały takie bajki.
Mogłabym tak jeszcze długo, ale chyba nie ma większego sensu. Więc jeśli mi nie wierzycie, albo uważacie, że moje słowa są przesadzone to zapraszam do obejrzenia chociażby „101 dalmatyńczyków” czy bajki „Bambi”. Wtedy zrozumiecie, że dobro jest wszędzie tylko trzeba dobrze patrzeć. Nie przedłużając, powiem krótko – nie wstydźcie się oglądać bajek. Tylko oglądajcie te dobre, które motywują do pracy i edukują.
Kończę swój wywód, bo na ekranie mojego komputera pojawiło się niebieskie tło, z błękitnym zamkiem z wieżyczkami i z flagami. „Król Lew”, seans tysięczny - rozpoczęty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz