Edukacja
Disney'a
Jak łatwo się domyślić, nie będę pisała o tym, że przez
zanieczyszczenia z fabryk topnieją lodowce, ani o tym, że politycy
nie radzą sobie w sejmie, czy o tym, że emerytura w Polsce jest za
niska. Te wszystkie problemy kojarzą mi się tylko i wyłącznie z
dorosłym życiem i podejmowaniem ważnych, odpowiedzialnych
decyzji. A ja mam zaledwie dwadzieścia lat, więc za jaką cholerę,
mam myśleć o problemach dorosłych? O tym, że za 20 lat
najprawdopodobniej nie znajdę pracy, mój książę z bajki, nie
zjawi się na białym koniu, ale okaże się tylko zwykłym mężczyzną
z łysiną na głowie i mięśniem piwnym, a ja nie będę wyglądała
jak Meryl Streep tylko raczej jak Gollum z „Władcy
Pierścieni”. Rzecz w tym, że kiedy miało się te 7 czy 8
lat, nie myślało się o takich sprawach, ani nie goniło za życiem
codziennym. Żadne dziecko nie brało udziału w „wyścigu
szczurów”, który teraz towarzyszy nam na każdym kroku, ani nie
robiło sobie „sweet foci”, na profil na facebook'a. Dla dzieci,
które urodziły się w latach 80. czy 90. nic z powyższych spraw
nie miało znaczenia, bo dzieciaki, nawet nie wiedziały o ich
istnieniu. Dla nich liczyły się tylko karteczki, fikołki na
trzepaku i nowe produkcje Walt'a Disney'a.
Walt Disney Pictures. Chyba nie znam osoby, która nie słyszała o
bajkach i filmach animowanych, tej amerykańskiej produkcji. „Piękna
i Bestia”, „Król Lew”, „Anastazja” czy „Pocahontas”
to tylko jedne z nielicznych bajek, na których opierało się całe
moje dzieciństwo. Muszę szczerze przyznać – wychowałam się na
tych bajkach. I jestem ogromnie, wdzięczna moim rodzicom, że
chodzili ze mną do kina i kupowali mi bajki na VHSie, żebym mogła
obejrzeć je jedna pod drugiej, godzina za godziną, dzień za dniem,
do momentu zapamiętania wszystkich dialogów na pamięć i
wysuszenia sobie oczu od nadmiaru telewizji.
Pamiętam jak pewnego, zimowego dnia, moja mama przyszła po mnie do
przedszkola i dała mi na prezent urodzinowy kasetę z
„Kopciuszkiem”. Przez jakieś dwadzieścia minut, biegałam
po holu z kasetą pod pachą, dumna jak paw, że mam kolejną bajkę
do swojej kolekcji. Wiedziałam wtedy, że wszystkie moje koleżanki
zazdroszczą mi i że jak tylko wrócę do domu, poproszę moją
mamę, aby włożyła kasetę do starego odtwarzacza firmy DAEWOO
(sama nie mogłam tego zrobić, gdyż moja starsza, o cztery lata
siostra, wrobiła mnie w to, że odtwarzacz wciągnie mnie do filmu
jeśli tylko wepchnę kasetę za głęboko). I oczywiście, jak tylko
weszłam do domu, obejrzałam „Kopciuszka” dwa razy. Tak
samo było z „Zakochanym kundlem” czy „Śpiącą
królewną”.
Wszystkie bajki Disney'a miały jakiś morał i edukowały
najmłodszych. Uczyły najważniejszych wartości takich jak miłość,
przyjaźń, dobroć czy pomoc innym. Dzięki dinsey'owskim
produkcjom, wiem że nie powinno oceniać się ludzi powierzchownie,
że każdemu powinno dać się drugą szansę i że prawdziwych
przyjaciół poznaje się w biedzie. Pokazane jest to w bajkach
starszej produkcji jak np. „Król Lew”, „Pocahontas”
i „Myszka Miki i Przyjaciele”, ale także bajki
dzisiejszych produkcji mają jakiś morał m. in: w „Zaplątanych”
czy „Księżniczce i Żabie”. Niestety, nie wszystkie
dzisiejsze bajki mają takie przesłanie jak kolorowy i miły świat
Disney'a. Mimo tego, że filmy animowane tej produkcji, dalej
utrzymują swoje wartości i dobre myśli, to są przytłaczane
bajkami, które ukazują przemoc, wandalizm, kłamstwa i oszustwa. I
to bardzo niedobrze, bo większość dzieci ogląda teraz tylko takie
bajki. Ich zapracowani rodzice, nie zwracają uwagi na to w co
wpatrzone są oczy ich pociech i nie reagują na ich agresje, której
uczą się z takich o to produkcji. Nawet same dzieciaki, nie
zwracają uwagi, że starają się utożsamić z negatywnymi
postaciami, oglądanymi w telewizji. Najgorsze jest to, że kiedy
ktoś stara się zastąpić bajkę pełną przemocy i brutalności,
dobrą klasyczną „Królewną Śnieżką i 7 krasnoludkami”
czy „Kubusiem Puchatkiem”, spotyka się z odmową. Bo
dzieci mają swoje nowe ulubione postaci z kreskówek Cartoon Network
albo z mangi. Oczywiście, zdarza się, że nie wszystkie kreskówki
tego typu polegają tylko na scenach walki i przekleństwach, ale
przynajmniej 2/3 programów dla dzieci takie są.
Mimo tego, że nie jestem już dzieckiem dalej lubię oglądać
bajki. I przyznaje się do tego bez bicia. Bo czego się tutaj
wstydzić? W każdym z nas jest odrobina dziecka i czasami dobrze
sobie o tym przypomnieć. Usiąść, obejrzeć. Cofnąć się do
czasów swojego dzieciństwa. Zaśmiać się patrząc jak Goofy
kolejny raz potyka się o własne nogi, wstrzymać oddech kiedy
Kundel zostaje potrącony przez powóz hycla czy nawet rozpłakać
się kiedy umiera Mufasa. Takie budzenie wspomnień jest dobre dla
naszych emocji, których na co dzień staramy się nie okazywać. Bo
przecież, w dzisiejszych czasach praktycznie nie spotyka się nikogo
kto powie: „Lubię sobie popłakać od czasu do czasu, albo pośmiać
z byle czego”.
Oglądam bajki Disney'a całe życie i mam nadzieje, że na stare
lata również będę mogła obejrzeć nowe produkcje, z takim
zafascynowaniem jak oglądałam je w dzieciństwie. Chciałabym, aby
moje dzieci i dzieci moich dzieci oglądając bajki, czerpały wiedzę
i uczyły się pozytywnych wartości. Oby poszły w moje ślady i
oglądały takie bajki.
Mogłabym tak jeszcze długo, ale chyba nie ma większego sensu. Więc
jeśli mi nie wierzycie, albo uważacie, że moje słowa są
przesadzone to zapraszam do obejrzenia chociażby „101
dalmatyńczyków” czy bajki „Bambi”. Wtedy
zrozumiecie, że dobro jest wszędzie tylko trzeba dobrze patrzeć.
Nie przedłużając, powiem krótko – nie wstydźcie się oglądać
bajek. Tylko oglądajcie te dobre, które motywują do pracy i
edukują.
Kończę swój wywód, bo na ekranie mojego komputera pojawiło się
niebieskie tło, z błękitnym zamkiem z wieżyczkami i
z flagami. „Król Lew”, seans tysięczny - rozpoczęty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz